„Nareszcie moje dziecko śpi spokojnie” - poznaj historię Marty, 34 lata i Jej Synka, 4-letniego Kuby. - RP Clinic

„Nareszcie moje dziecko śpi spokojnie” – poznaj historię Marty, 34 lata i Jej Synka, 4-letniego Kuby.

„Nareszcie moje dziecko śpi spokojnie” – poznaj historię Marty, 34 lata i Jej Synka, 4-letniego Kuby.

Zabieg: Adenotomii, chirurgiczne usunięcie przerośniętego migdałka gardłowego
(tzw. trzeciego migdałka).
Lekarz prowadzący: dr Marcin Polak, specjalista laryngolog dzieci i dorosłych.


Zanim trafiliśmy do szpitala RP Clinic, przez prawie dwa lata żyłam w permanentnym napięciu. Mój synek, Kuba, od drugiego roku życia chorował ciągle. I to nie tak, że co jakiś czas złapie katar – nie, u nas był to niemal permanentny stan. Infekcja za infekcją, antybiotyk za antybiotykiem. Zdarzyło się, że w ciągu jednej zimy byliśmy w przychodni jedenaście razy. Jedenaście. Przestałam liczyć, ile razy wstawałam w nocy, żeby sprawdzić, czy oddycha. Bo Kuba spał z otwartymi ustami, chrapał, budził się po kilka razy. Rano był zmęczony, rozdrażniony, jakby w ogóle nie odpoczywał.


Lekarz pediatra, która wtedy opiekowała się Kubą, mówiła nam przez jakiś czas, żeby poczekać, że to przejdzie, że dzieci często tak mają. Niestety, czas płynął i nic nie przechodziło. W końcu trafiłam do laryngologa w ramach NFZ – wizyta trwała dosłownie pięć minut. Powiedziano mi, że trzeci migdałek jest powiększony i „można by rozważyć operację”. Tyle. Bez wyjaśnienia, bez planu, bez odpowiedzi na moje pytania. Wyszłam
z gabinetu z małą karteczką i wielkim lękiem.


Zaczęłam szukać sama. Czytałam, pytałam na grupach dla mam, rozmawiałam z koleżanką, której syn miał podobny problem. Gdzieś na forum ktoś napisał o nowym szpitalu RP Clinic i o laryngologu dziecięcym – doktorze Marcinie Polaku. Inne Mamy pisały, że Doktor Polak jest cierpliwy, że słucha, że nie traktuje dziecka jak kolejnego numeru w kolejce. Że całe miejsce jest przygotowane do pracy z dziećmi – nie tylko sprzętowo, ale też ludzko.

Na konsultację poszłam sama – mąż akurat nie mógł wziąć urlopu. Byłam spięta, miałam listę pytań, bałam się, że znowu usłyszę zdawkowe odpowiedzi. Tymczasem doktor Marcin Polak poświęcił nam tyle czasu, ile faktycznie potrzebowaliśmy. Obejrzał Kubę dokładnie. Wytłumaczył mi wszystko: jak przebiega zabieg, dlaczego akurat teraz warto go wykonać, jak będzie wyglądała rekonwalescencja. Pokazał mi wyniki badań, omówił każdy szczegół. Pierwszy raz od bardzo długiego czasu poczułam, że ktoś traktuje nas poważnie. I że ktoś naprawdę zna się na dzieciach – nie tylko na ich anatomii, ale na tym, jak dziecko czuje i jak się boi.


Dzień operacji. Przyznam szczerze – spałam tej nocy może trzy godziny. Siedziałam rano przy śniadaniu, patrzyłam na Kubę i czułam ścisk w gardle. Starałam się nie płakać.
To, co zobaczyłam po wejściu na oddział szpitala RP Clinic, zaskoczyło mnie kompletnie. Nie spodziewałam się… takiej przestrzeni. Pokój, w którym zostaliśmy zakwaterowani, był jednoosobowy, jasny, urządzony zupełnie inaczej niż szpitalne sale, które znałam – bardziej jak hotelowy pokój niż oddział. Czyste łóżka, ciepłe światło, własna łazienka.
Ale to, co naprawdę mnie uderzyło, to personel. Od samego początku widać było, że ci ludzie wiedzą, jak pracować z dziećmi. Nie improwizowali, nie byli zaskoczeni czteroletnim pacjentem. Było to coś wbudowanego w ich sposób bycia – spokój, cierpliwość, konkretne gesty.


Pielęgniarka Karolina powitała nas przy wejściu na oddział z uśmiechem skierowanym przede wszystkim do Kuby, nie do mnie. „O, to ty jesteś Kuba? Słyszałam o tobie!” – powiedziała i przykucnęła, żeby być na poziomie oczu synka. Kuba patrzył na nią przez chwilę nieufnie, a potem – ku mojemu zaskoczeniu – zaczął opowiadać jej o swoim misiu. Pani Karolina słuchała. Naprawdę słuchała. Nie kiwała tylko głową z uprzejmości – komentowała, pytała o imię misia, śmiała się razem z Kubą. To był może pięciominutowy moment, ale poczułam, że jesteśmy w dobrych rękach.
Tuż przed wejściem na salę operacyjną pojawiła się pielęgniarka Justyna – i przyniosła coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Pelerynę Supermena. Małą, dziecięcą, czerwoną, rozpoznawalną przez każde dziecko. Podała ją Kubie z powagą, jakby to była oficjalna ceremonia i powiedziała: „Przed takim ważnym dniem każdy bohater potrzebuje swojego stroju. Zakładamy?”. Kuba był zachwycony. Zarzucił pelerynę na ramiona i wszedł na salę… prawie pewnie. Prawie. Bo ścisnął mnie za rękę przy drzwiach bardzo mocno. Ale nie płakał. Ja – tak.


Mogłam towarzyszyć Kubie prawie do samego momentu znieczulenia. Nikt mnie nie wypraszał z tekstem „proszę czekać na korytarzu”. Kiedy w końcu wyszłam, usiadłam na krześle przy oknie i poczułam dziwną mieszaninę lęku i wdzięczności. Wdzięczności za to, że Kuba wszedł tam spokojniejszy, niż weszłabym ja na jego miejscu.
Zostałam na noc – i to było coś, co dla mnie osobiście było absolutnie kluczowe.
Mój synek ma cztery lata i pomysł, żeby zostawić go samego w obcym miejscu, po operacji, bez mamy czy choćby w dniu operacji wracać do domu, a wiem, że tak dzieje się w wielu miejscach.
W nocy kilkakrotnie zaglądała pielęgniarka Karolina – cicho, bez włączania górnego światła. Pokój miał przyciemnione oświetlenie nocne, takie, które pozwala sprawdzić pacjenta bez budzenia – miękkie, ciepłe, zupełnie inne niż szpitalne jarzeniówki, które znałam z innych miejsc. Pani Karolina sprawdzała Kubę, pytała mnie szeptem, czy wszystko w porządku, czy czegoś potrzebuję. Raz przyniosła mi herbatę, której nie prosiłam. Po prostu przyniosła. Powiedziała tylko: „Matki też potrzebują siły”. Chyba nie wiedziała, jak bardzo to było mi potrzebne.
Rano Kuba obudził się i pierwszą rzeczą, której zażądał, była peleryna Supermen-a. Leżała na krześle obok. Pielęgniarka Agnieszka – która zaczęła dyżur od rana – przyszła
z wizytą i zapytała serio: „No i jak, wszystko pod kontrolą?”. Kuba przytaknął z powagą. Miałam ochotę Ją uścisnąć.


Opieka lekarska przez cały pobyt też była na poziomie, którego nie spodziewałam się po prywatnej klinice – a raczej, który sobie wyobrażałam, ale nie byłam pewna, czy jest możliwy. Lekarz dyżurny przychodził do nas osobiście – nie tylko rano przy obchodzie, ale też wieczorem, żeby sprawdzić, jak Kuba się czuje. Pytał o ból, o jedzenie, o nastrój. Rozmawiał z Kubą po imieniu, pamiętał szczegóły z konsultacji. To nie było zdawkowe zajrzenie przez drzwi. To była prawdziwa opieka.


Kuba po zabiegu był oczywiście trochę marudny – no bo kto by nie był – ale już następnego dnia żądał bajek i zamiast odpoczywać, chciał się bawić. Bólu nie było dużego. Dostawa leków przeciwbólowych była regularna i dobrze dobrana. To co mnie uderzyło najmocniej – poza pelerynką Supermen-a, bo tego nie zapomnę chyba nigdy – to fakt, że cały personel mówił do Kuby po imieniu. Nie „chłopczyk”, nie „mały pacjent” – Kuba. Zawsze Kuba.


Dziś mija pół roku od zabiegu. Kuba nie chorował ani razu. Śpi z zamkniętymi ustami, przestał chrapać, rano wstaje wyspany i w dobrym humorze. Ja też. Nie wiem, ile kosztowała mnie tamta bezradność – te dwa lata szukania po omacku, chodzenia od lekarza do lekarza.


Wiem jedno: warto było w końcu trafić do miejsca, gdzie nas naprawdę potraktowano poważnie. Gdzie mój synek miał swoją pelerynę, swój pokój, swoje imię – i zespół, który wiedział dokładnie, jak się zaopiekować małym człowiekiem z dużym lękiem.
Nie polecam RP Clinic dlatego, że muszę. Polecam, bo wiem. Bo byłam tam i widziałam, jak to działa. I to wystarczy.

Umów wizytę już dziś

+48 519 012 012

rejestracja@rpclinic.pl